Wszyscy patrzymy teraz z niepokojem na Ukrainę. Jest to kraj, który ma szczególne miejsce w moim sercu, i ludzie, których pokochałem.
Lato, którego nie zapomnę. Lipiec 2009. Chyba podczas niedzielnego nabożeństwa u baptystów poszła informacja o organizowanym wyjeździe misyjnym na Ukrainę. Jakoś od razu zaczęło mnie ciągnąć. A w sumie nawet na początku nie bardzo wiedziałem gdzie konkretnie. Koordynujący wyjazd amerykański pastor z Poznania, Richard, miał ewidentnie problemy z nazwą. W papierach było jakoś "Strumcok" i chyba jeszcze jakoś inaczej przekręcone. Szukałem tego "Strumcoka" i szukałem! I nic! Ale byłem zdecydowany jechać.
Niektórzy mnie przestrzegali: "lepiej nie jedź", "tam nacjonaliści!", "tam lepiej nie mówić po polsku!", "oni nienawidzą Polaków!" "tam jest bardzo niebezpiecznie!" Próbowano mi nawet wpajać wizje, że mogę tam zostać pobity lub nawet zabity za to tylko, że jestem Polakiem! Pojechałem mimo to, i... nic z tego, co mi mówiono nie okazało się prawdą! Zostaliśmy wspaniale przyjęci. Nie tylko przez wierzących z Kościoła lokalnego. Wzbudzaliśmy też zainteresowanie, bo... no, obcy we wsi, i to z zagranicy! Polacy, Norwegowie i kilku Amerykanów. Miało być jeszcze barwniej, bo miała być rodzina z Nowej Zelandii i... Chińczyk, ale za późno wystąpili o niezbędne im wizy. Nieraz nas ludzie pytali a kim jesteśmy, a skąd, a co tutaj robimy...
Tam jest taki zwyczaj, że niekiedy ludzie siedzą przed gospodarstwami, mają tam ławeczki, i gwarzą z sąsiadami. Bywaliśmy zaproszeni na te ławeczki. Doznaliśmy wiele ciepła, sympatii i uśmiechu. Spotkaliśmy wielu fajnych, prostych i otwartych ludzi. Właściwie pod wieloma względami było fajniej, niż w Polsce - ludzie czasem bardzo biedni, a potrafiący być szczęśliwymi, cieszyć się najprostszymi rzeczami. I cieszyli się, że jesteśmy wśród nich, że ich odwiedziliśmy, że ciekawi jesteśmy ich życia.
Przyjechaliśmy pomagać, bo wielu naprawdę tej pomocy potrzebowało, i wielu po nią przychodziło, ale nie wyciągali ręki, nie oczekiwali, że coś damy - czasem to najcenniejsze, co mogliśmy dać, i co ich najbardziej cieszyło, to po prostu siebie, swój czas, rozmowę, uśmiech. W sumie... więcej jeszcze otrzymaliśmy. Bo spotkanie tych ludzi było naprawdę cudowne, był to niesamowity czas.
Pamiętam, jak początkowo trochę się bałem wieczorem wracać z kościoła do domu, w którym byliśmy w kilka osób przyjęci. Po drodze bowiem była wiejska dyskoteka, a tam... wiadomo na co można liczyć. Grupki młodych i starszych - mogli być "w różnym stanie". Tak po kilku dniach zostałem zaczepiony. Miałem pietra. Usłyszałem: "Privit! Kak dieła?" - "Cześć, jak leci?" No, jakoś wypadało odpowiedzieć... Gdzieś wydobyłem resztki mego rosyjskiego z podstawówki. "Aaa, ty z Polszy!" "Da!" Za dużo nie pogadaliśmy z tym moim rosyjskim, ale... już nie było takiego dreszczyku tam przechodzić po zmroku.
Dużą sensacją było dla mnie spotykanie bryczek końskich. Oczywiście musiałem pocykać zdjęcia... Nikt się nie oburzał. Minęło kilka dni i furmani mnie... pozdrawiali. Szybko zaczęliśmy się tam czuć swojsko - taka prawdziwa Ukraina, nie z prospektów i przewodników turystycznych. Dotknięcie prawdziwej Ukrainy, prawdziwych ludzi, ich codzienności. Było to o wiele ciekawsze, niż jakaś wycieczka, niż pobyt w hotelu czy kurorcie.
Pamiętam, jak trafiliśmy do pewnych starszych ludzi... bardzo się ucieszyli, że my z Polski. Okazało się, że ich dziadkowie byli Polakami. Oni sami już nie mówili po polsku, ale cieszyło ich nasze przyjście. Pamiętam też pewną przekupkę na targu w Tatarbunary, takim ich miasteczku powiatowym. Kupiłem tam dwie płyty z muzyką w mp3 (no, pirackie, przyznaję). Okazało się, że jeździła do Polski "na handel". Nawet wiedziała, gdzie jest moje Gniezno!
Byliśmy tam przez niemal miesiąc i praktycznie każdego dnia
mieliśmy takie niezwykłe spotkania ze zwykłymi ludźmi. I ta Ukraina okazywała się zupełnie inna, niż to, co o niej słyszeliśmy. I żal było wracać do domu! Pozostały znajomości, przyjaźnie... Żałuję, że nie miałem okazji tam wrócić. Potem się zaczęło naprawdę źle. Wiecie, ta wojna zaczęła się bardzo blisko tego miejsca, gdzie byłem, leży niespełna 80 km w linii prostej od Strumoka. Drżałem więc o tych poznanych tam ludzi. Nawet jeśli wioska nie zdaje się być jakimś szczególnym "celem strategicznym". Może o tyle, że leży w pobliżu Wilkowa, gdzie - jak wiedziałem - mieści się letni ośrodek prezydencki.
mieliśmy takie niezwykłe spotkania ze zwykłymi ludźmi. I ta Ukraina okazywała się zupełnie inna, niż to, co o niej słyszeliśmy. I żal było wracać do domu! Pozostały znajomości, przyjaźnie... Żałuję, że nie miałem okazji tam wrócić. Potem się zaczęło naprawdę źle. Wiecie, ta wojna zaczęła się bardzo blisko tego miejsca, gdzie byłem, leży niespełna 80 km w linii prostej od Strumoka. Drżałem więc o tych poznanych tam ludzi. Nawet jeśli wioska nie zdaje się być jakimś szczególnym "celem strategicznym". Może o tyle, że leży w pobliżu Wilkowa, gdzie - jak wiedziałem - mieści się letni ośrodek prezydencki.
W tym roku minie już 16 lat, a ja wciąż mam w głowie i sercu ten Strumok, i tych ludzi tam poznanych - cudownych ludzi! Napisałem wówczas artykuł o tym wyjeździe, pt. "Ukraina w sercu wyryta", który ukazał się w Magazynie Chrześcijańskim "Cel". I ten tytuł okazał się niezwykle trafny - bo wyryła się w moim sercu, niczym napis na kamieniu. Nawet, jeśli nie trafiło się tam wrócić, nad czym bardzo boleję, bo... tak naprawdę wciąż tęsknię za tym miejscem i ludźmi. Były to najpiękniejsze wakacje mego życia. I... wolałbym pojechać znów do Strumoka, niż do Paryża, Barcelony czy Lizbony. Trochę zjeździłem Europę, ale nigdzie nie było mi tak dobrze, jak tam! I dlatego też przejmuję się tą Ukrainą, losem kraju i ludzi.
Czasem słyszę wiele złego o Ukraińcach. Czasem dociera do mnie wiele czyjejś pogardy i uprzedzeń. Ale jestem na to jeszcze bardziej "głuchy" niż wtedy, gdy mnie próbowano odwieść od chęci wyjazdu tam. To tacy sami ludzie, jak my - jedni dobrzy, inni nie, z różnymi swymi problemami, jedni pracowici, inni leniwi... To prawda, że często "bieda aż piszczy". To prawda, że korupcja - chociaż teraz starają się z tym walczyć, jak słyszę. Ale nie spotkałem tam nikogo, kto by mnie źle traktował, czy choćby "złym okiem" popatrzył. Właściwie czułem się lepiej, swobodniej i pewniej, niż w Polsce!
Na zawsze zapamiętam prostotę, bezpośredniość i życzliwość tych ludzi. Ich biedę materialną - ich bogactwo w radość życia, serce i uśmiech. Owszem, mogłem doświadczyć "przepaści cywilizacyjnej" - tam, gdzie mieszkałem np. chodziło się "za potrzebą" do... "sławojki" w ogrodzie, a prysznic brało się pod gwiazdami, wodą z beczki założonej na drzewie! Egzotyka! Ale zazdroszczę tym ludziom tej prostoty życia, uśmiechu mimo wszystko, i tej bliskości. Oni tam mają "słowiańskiego ducha", którego my, niestety, gdzieś zagubiliśmy.
Nie, nie widziałem czerwono-czarnych flag, ani pomników Bandery (chociaż wiadomo, że są) - za to pomniki... Lenina jak najbardziej! Jeden srebrny, drugi... niebieski! Słowo daję! Naprawdę wiele było śladów komunizmu, a z nacjonalizmem się nie spotkałem. I nie ulegnę propagandzie, jacy to oni są źli, bo... ich znam! Zresztą nie tylko z tego wyjazdu. Myślę, że najgłośniej przeciwko nim krzyczą ludzie, którzy nigdy tam nie byli i nie spotkali ich. Nieraz jest tak, że "wiemy swoje", tak naprawdę... nic nie wiedząc i nie rozumiejąc.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz