czwartek, 6 marca 2025

"Prawdziwy Polak" po polskiemu umi ;)

Jak to jest, że niejeden "prawdziwy Polak" zdaje się mieć poważne braki w znajomości... języka polskiego? Jeden z przykładów znaleziony dzisiaj:

 

 

Uważam, że patriotyzm - ten prawdziwy - to nie "Polska dla Polaków", nie wymachiwanie polską flagą, i na pewno nie obrażanie innych. To m.in. dbałość o polską kulturę, tradycję i język ojczysty. To czytanie polskich książek, polskiej poezji... No, ja akurat z poezją jestem "nie bardzo" - wolę prozę. Ale trzeba znać Mickiewicza, Słowackiego, Miłosza... Z prozy: Kraszewskiego, Sienkiewicza... Oj, można długo wymieniać. 

Patriota powinien być oczytany, miłować mowę ojczystą, poznawać ją i dbać o nią... Rzecz jasna, że nie każdy musi być od razu "mistrzem słowa" - sam nim nie jestem i popełniam błędy - ale chociażby na poziomie jako-takim być obeznany z zasadami mowy ojczystej i jej pisowni. A mamy, niestety, "na pęczki" takich, co Rodaka gotowi opluć i wdeptać w ziemię, z języka polskiego mieli pewnie "lagę", ale za "prawdziwych Polaków" się mają. ;)

Dla mnie Ojczyzna -
także Polszczyzna!

środa, 5 marca 2025

Zagubiony... pasterz

    Wraca mi wspomnienie jeszcze jednego niezwykłego spotkania na Ukrainie. Nie mam do niego zdjęcia, ale mam zdjęcia z tej wsi. Obchodziliśmy okoliczne wioski i zachodziliśmy do gospodarstw. Do dziś pamiętam, jak według tamtejszego zwyczaju waliliśmy w bramę i darliśmy się: "Chaaaazaaaajkooo!" - "Gospodarzu!"
    Jednego dnia dotarliśmy na sam koniec tej właśnie wioski. Stała tam zapuszczona, rozpadająca się chałupa. Tak marna, że aż zastanawialiśmy się, czy aby ktoś tam mieszka. Ale spróbowaliśmy. Wyszedł gospodarz - w portkach i rozchełstanej koszuli. Podszedł do nas. Poczuliśmy alkohol. Ale przywitał się miło.
    Dziewczyny z lokalnego Kościoła zaczęły mu mówić, że jesteśmy z Kościoła, że przyjechaliśmy tutaj z różnych krajów - z Polski, z Norwegii, ze Stanów Zjednoczonych - i że chcemy mu podarować Nowy Testament. Taka typowa "gadka misyjna"... Ale pan nam przerwał i poleciał do chałupy. Przez chwilę staliśmy jak te barany i nie wiedzieliśmy "o co kaman". Pan wrócił i daje nam jakiś papier...
    Patrzymy, a to było... świadectwo ukończenia szkoły biblijnej! Opowiedział nam pokrótce swoje życie - że był wierzący, że był nawet... pastorem, a potem jego życie się posypało, odszedł ze służby, odszedł z Kościoła, stracił wiarę, zaczął pić... Nagle mężczyzna się rozpłakał i zdławionym głosem powiedział: "Ja myślałem, że Bóg już o mnie zapomniał, a teraz wy przyszliście do mnie!" 
    Wszyscy byliśmy tym mocno poruszeni. I pamiętam to, jakby było wczoraj. Niestety, nie wiem, jak dalej się potoczyły sprawy. Pamiętam tylko, że pastorzy tego Kościoła, gdzie byliśmy, dostali od nas namiar na tego człowieka i obiecywali otoczyć go opieką. I pasterz, jak widać, może się w życiu bardzo zagubić.

 

Boli mnie bardzo


Boli mnie bardzo, gdy "chrześcijanin" zachowuje się... nie po chrześcijańsku - już o tym pisałem. Gorzej jeszcze, gdy jest to np. pastor, inny tzw. "starszy" lub "ewangelista" (ewangelizator) - oczywiście tak samo katolicki ksiądz. Jest to gorszące i odstraszające.

Pewien człowiek - właśnie z tej kategorii - najpierw obraził uchodźców z Ukrainy, a gdy się wypowiedziałem o jego obraźliwym zachowaniu i życzyłem... nawrócenia, nazwał mnie właśnie "głupcem", określił siebie samego "ewangelistą", i stwierdził, że nie może mnie nazwać "bratem". Cóż ja wierzę w Jezusa - miłosiernego, który nakazał także miłować bliźniego, który mówił o miłości - nie o "tolerancji" (jak wspomniał ów "ewangelista" o swoim podejściu do Ukraińców) który nie dzielił ludzi na lepszych i gorszych. Wierzę także w nauki apostolskie: 
"Jeśliby ktoś mówił: «Miłuję Boga», a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi." (1. Jana 4, 20)
Boli? Napisałem wprawdzie w tytule, że mocno, ale osobiście to jednak... nie mocno. Nieraz już bywałem zgorszony postawą ludzi z Kościoła, po pastorów, nawet znanych dość szeroko, włącznie. Moje doświadczenie jest takie, że zostałem mocno "poraniony" w Kościele i mocno mną to zachwiało. Ale bólu już w zasadzie nie ma - i takie osoby nie są w stanie mnie już zranić. Znam życie. Rozczarowuje? Na pewno. I rozczarowanie jest. I... z tego nie mogę się pozbierać, i doświadczam nawet lęków.
 
Przez marnych "chrześcijan" - zwłaszcza tych z kręgów - "duchownych" wiele osób odchodzi z Kościołów, a nawet zupełnie traci wiarę. I ja ich doskonale rozumiem. I nie ma różnicy, czy to Kościół taki czy siaki. W protestantyzmie niejeden piętnuje księży katolickich - za sam fakt, że nimi są i głoszą katolickie nauki. Ale ja mogę zaświadczyć: poznałem w życiu bardzo dobrych księży i przerażająco marnych pastorów! I - rzecz jasna - przerażająco marnych księży i bardzo dobrych pastorów! Może jedynie afer tyle nie ma w Kościołach protestanckich, m.in. z alkoholizmem, "kobietami na boku" czy pedofilią. Z Kościoła katolickiego odchodzi wiele poranionych i zawiedzionych osób, ale od protestantów także. 
 
Czasem naprawdę trudno się pozbierać - nawet jeśli pamiętamy, że Kościół to społeczność grzesznych ludzi skupionych wokół świętego Boga. Najtrudniej chyba, gdy w Biblii czytamy, jaki Kościół powinien być, a potem boleśnie się przekonujemy, że taki nie jest. "Ach, ten personel naziemny..." - jak to było w pewnym dowcipie.

Elvis, Indianie i ja ;)

 

 Jeśli to prawda - bo ostatecznie jest to tylko obrazek z internetu - to... fajnie. Mam ogromny sentyment do Indian - czy, jak to się teraz mówi i pisze, Rdzennych Amerykanów. Lubię np. muzykę indiańską - takich artystów jak Joanne Shenandoah, Carlosa Nakai, Johna Two-Hawks, Roberta Tree Cody'ego... Zwłaszcza w brzmieniu fletu indiańskiego odnajduję (s)pokój - którego tak bardzo potrzeba w naszych zwariowanych czasach. Podoba mi się medytacyjny charakter tej muzyki, którą tworzą - jej głębia, naturyzm i czystość. Bardzo lubię także legendy indiańskie - mają one swój niesamowity klimat, pachną trawą na prerii i dymem z ogniska. Podoba mi się ich głęboki związek z natura - przynajmniej w ich tradycji, bo obecnie pewnie jest to różnie. Czuję to tak mocno, że czasem zastanawiam się...

A może reinkarnacja jest faktem,
a ja w którymś wcześniejszym wcieleniu byłem Indianinem? ;)

 Spotkałem w życiu kilkunastu, może kikudziesięciu, Indian - z Ameryki Północnej kilku.


 

Ukraina w sercu wyryta

    Wszyscy patrzymy teraz z niepokojem na Ukrainę. Jest to kraj, który ma szczególne miejsce w moim sercu, i ludzie, których pokochałem.

 
   
Lato, którego nie zapomnę. Lipiec 2009. Chyba podczas niedzielnego nabożeństwa u baptystów poszła informacja o organizowanym wyjeździe misyjnym na Ukrainę. Jakoś od razu zaczęło mnie ciągnąć. A w sumie nawet na początku nie bardzo wiedziałem gdzie konkretnie. Koordynujący wyjazd amerykański pastor z Poznania, Richard, miał ewidentnie problemy z nazwą. W papierach było jakoś "Strumcok" i chyba jeszcze jakoś inaczej przekręcone. Szukałem tego "Strumcoka" i szukałem! I nic! Ale byłem zdecydowany jechać.
    Niektórzy mnie przestrzegali: "lepiej nie jedź", "tam nacjonaliści!", "tam lepiej nie mówić po polsku!", "oni nienawidzą Polaków!" "tam jest bardzo niebezpiecznie!" Próbowano mi nawet wpajać wizje, że mogę tam zostać pobity lub nawet zabity za to tylko, że jestem Polakiem! Pojechałem mimo to, i... nic z tego, co mi mówiono nie okazało się prawdą! Zostaliśmy wspaniale przyjęci. Nie tylko przez wierzących z Kościoła lokalnego. Wzbudzaliśmy też zainteresowanie, bo... no, obcy we wsi, i to z zagranicy! Polacy, Norwegowie i kilku Amerykanów. Miało być jeszcze barwniej, bo miała być rodzina z Nowej Zelandii i... Chińczyk, ale za późno wystąpili o niezbędne im wizy. Nieraz nas ludzie pytali a kim jesteśmy, a skąd, a co tutaj robimy...
     Tam jest taki zwyczaj, że niekiedy ludzie siedzą przed gospodarstwami, mają tam ławeczki, i gwarzą z sąsiadami. Bywaliśmy zaproszeni na te ławeczki. Doznaliśmy wiele ciepła, sympatii i uśmiechu. Spotkaliśmy wielu fajnych, prostych i otwartych ludzi. Właściwie pod wieloma względami było fajniej, niż w Polsce - ludzie czasem bardzo biedni, a potrafiący być szczęśliwymi, cieszyć się najprostszymi rzeczami. I cieszyli się, że jesteśmy wśród nich, że ich odwiedziliśmy, że ciekawi jesteśmy ich życia. 
    Przyjechaliśmy pomagać, bo wielu naprawdę tej pomocy potrzebowało, i wielu po nią przychodziło, ale nie wyciągali ręki, nie oczekiwali, że coś damy - czasem to najcenniejsze, co mogliśmy dać, i co ich najbardziej cieszyło, to po prostu siebie, swój czas, rozmowę, uśmiech. W sumie... więcej jeszcze otrzymaliśmy. Bo spotkanie tych ludzi było naprawdę cudowne, był to niesamowity czas.

wtorek, 4 marca 2025

Prawdziwe bogactwo

Szczęście... Chyba każdy go pragnie, ale czy wiemy, czym ono jest i gdzie je można znaleźć? Myślę, że większość - a może niemal wszystko z tego - co gotowi jesteśmy uznać za szczęście i czego pragniemy, jest tylko ułudą! A to, co najważniejsze, jest tak zwyczajne, tak blisko i takie najprostsze, że... nie dostrzegamy tego! Mówi o tym piękna opowieść, którą znalazłem na kartach książki Piera d'Aubigny "Ślady" (Wydawnictwo Palabra, Warszawa 1997). Byłem pod tak wielkim jej wrażeniem, że stworzyłem własną jej wersję, znacznie rozwijając oryginalną historię. Zachęcam do przeczytania i przemyśleń!

----------

  W pewnej wsi, gdzieś niemal na końcu świata, żył bogaty gospodarz. Zgromadził on tyle bogactw, że mógł się uważać za najbogatszego ze wszystkich. Sąsiedzi spoglądali z zazdrością na jego dom, wielką stodołę i zagrodę, w której było wiele krów, owiec i kóz. Miał on piękną i gospodarną żonę, dzieci oraz parobków, którzy pracowali na jego polach.

  Jego sakiewka była pełna pieniędzy. Postanowił więc: "Kupię sobie muła, będzie mi wygodniej, niż chodzić wciąż piechotą". Jak pomyślał, tak też uczynił. A gdy muł już znalazł się w jego zagrodzie, pomyślał: "Mam muła i mam pieniądze. Mam żonę, która tak dobrze gospodarzy i pracowitych parobków. Nie muszę więc siedzieć na gospodarstwie - chętnie zobaczę trochę świata!" Tak też uczynił.
  Pewnego dnia pożegnał żonę i dzieci i, wyruszywszy w podróż, przybył do kraju o wiele bogatszego, niż jego kraina i ujrzał dom o wiele piękniejszy od własnego.
- Czyj to dom? - spytał kogoś z miejscowych. - Czyżby jakiegoś wielkiego księcia?
- To jest dom najbogatszego człowieka w tym kraju - brzmiała odpowiedź.
"Taki dom! Gdzież mojemu domu do niego!" - pomyślał wędrowiec i bardzo posmutniał.
  Wrócił w swoje strony i tak ciężko pracował, harował, zapracowywał się, odkładał grosz do grosza, dukat do dukata. Wreszcie po latach mógł wybudować sobie siedzibę taką, jak tamta, którą podziwiał. Pieniędzy starczyło także na konia i wygodny wóz. Mając to wszystko, uśmiechnął się i powiedział: "Osiągnąłem swój cel. Mam już dwór i wspaniałe gospodarstwo, i kufer pieniędzy - których  wszyscy mogą mi zazdrościć. Mogę też godnie ruszyć w świat - wszyscy będą widzieć, jaki PAN jedzie!"
  Jak postanowił, tak i uczynił. Pojechał do wielkiego miasta. Zbliżywszy się do niego, zatrzymał się i spojrzał oniemiały. Okalały je bowiem wysokie mury z siedmioma bramami, a nad dachami górowało wiele wież o lśniących hełmach. Gdy wjechał do miasta, bardzo jednak posmutniał. Takich domów, jak jego własny, stało tam bowiem setki, a dziesiątki innych było znacznie wspanialszych od jego siedziby. A cóż dopiero pałac króla! "Nawet gdybym pracował przez całe swoje życie, dzień i noc, z takim bogactwem współzawodniczyć nie mogę!" - pomyślał ze smutkiem.
 
  Kiedy wracał do domu, smutny i przybity, złamało się koło w jego wozie, a wóz rozbił się na drodze. Pojechał więc dalej konno, ale nie ujechał daleko, a koń padł ze zmęczenia. Nie pozostało mu więc nic innego, jak tylko pójść dalej na piechotę. Szedł i szedł. Zmrok już zapadł, a nie zaszedł do żadnej wsi, ani nawet nie napotkał samotnej zagrody. Gdy już myślał, że przyjdzie mu spać pod gołym niebem, pod jakimś drzewem czy krzakiem, ujrzał w dali niewielkie światełko migoczące w ciemności. Gdy zbliżył się, zobaczył małą, biedną chatkę - zwykłą lepiankę, krytą trzciną. "Gdzie tam temu do mego domu, ale dach nad głową i ognisko - tego trzeba w taką ciemną noc!" - pomyślał. Zapukał i wszedł...
 

poniedziałek, 3 marca 2025

Milenijnie...

No, może nie do końca i nieco na opak. 
Na pewno nie tak, jakby tego chcieli poniektórzy... ;)
Jeszcze pewniej zaś... zupełnie szczerze, może i "do bólu". :D 
Możliwe, że kogoś urażę. Cóż... (nie)przepraszam, ;)
 
 
Jesteśmy bardzo dumni z tego pana i jego korony. Prawda?
Zwłaszcza w tym roku, gdy mija 1000 lat od jego koronacji... 

    Na pewno był wielkim i utalentowanym władcą - czego dowodzi choćby fakt, że 1000 lat później Polska wciąż trwa, a przecież tak wielu innym się nie udało. I słusznie jesteśmy dumni, jako naród. I słusznie ma swe poczesne miejsce na kartach naszej historii, także podręczników. Ale z drugiej strony...
     ... jest i "druga strona medalu". Był przy tym człowiekiem bezwzględnym - tyranem... Ot, choćby kronikarska wzmianka o wybijaniu zębów za łamanie narzuconych przez Kościół postów. Był także najeźdzcą - palił, gwałcił i mordował, by rozszerzać swą władzę, budować tą naszą Polskę. 
    No właśnie... Niekiedy bardzo drażni mnie polski patriotyzm zbudowany na modelu: "my idealni". Gdy się czyta naszą historię pisaną przez nas samych, to można odnieść wrażenie, że "my nigdy nic nikomu, za to sami zawsze krzywdzeni..." Nie! To nie jest tak, że tylko my doświadczaliśmy w dziejach wszelkich krzywd, zaborów i okupacji! Nasi przodkowie nieraz czynili zło. Także - jak Chrobry - tworząc tą naszą Polskę, budując wpierw księstwo, potem królestwo. 
    Cóż... Uważam, że nie z wszystkiego możemy być dumni, nie tak do końca. I czasem w tą dumę trzeba wlać i nieco goryczy, uczciwości. Bo zło jest zawsze złem, krzywda krzywdą, żądza żądzą... I trudno mi się pogodzić z tym, że rośliśmy na źle, na krwi, na krzywdzie. Wolałbym po stokroć, żeby nie - ale wiem, jak działa ten świat. Jestem zbyt mądry - i przy tym jakże skromny - by żyć jakimiś utopijnymi fantazjami, ale chciałbym, żebyśmy chociaż potrafili żyć w prawdzie i pokorze.
 

Polska dla...

 

Śmieszą mnie ludzie wykrzykujący:
"Polska dla Polaków!"
i nieraz dodający pod adresem innych: "wypier.....!"

Ok. W takim razie...
"Niemcy dla Niemców!"
"Norwegia dla Norwegów!"
"Anglia dla Anglików!"
"Holandia dla Holendrów!"
"Hiszpania dla Hiszpanów!"
Reszta "wypier....!" - w tym Polacy. No nie? 
 
A już najdziwniej się robi, gdy okazuje się, ze taki "patryjota" z biało-czerwoną flagą i pokrzykiwaniem "Polska dla Polaków!" sam siedzi w Anglii, Irlandii, czy gdzie tam jeszcze. 
 
-----
Jest taka piosenka Mietka Szcześniaka, którą bardzo lubię i cenię - "Prababcia" z krążka pt. "Czarno na białym". Muzyka "wpadająca w ucho", w "klimatach folkowych", które uwielbiam, ale... Jest coś znacznie ważniejszego, niż fajne brzmienie i możliwość "potupania" sobie do niego, To TEKST - mądre słowa... Nie, wcale nie o tej tytułowej "Prababci" Mietka, ale o tym, jak być Polakiem, patriotą i.., po prostu człowiekiem! 
Jeśli chcecie ją posłuchać, to fantastyczne video jest na Facebooku (KLIK TU!)
 
Są tam takie słowa, które trafiły prosto w moje serce... POLSKIE SŁOWIAŃSKIE SERCE! Oto one:
"Niemcy i Ukraińcy, Ormianie, Romowie, Czesi też
Tatarzy, Litwini i Rusini - Polska wszak niemała jest!
Słowacy, Wietnamczycy, Łemkowie, Murzyni, Karaimowie,
Żydzi i Polacy - się nie spierajcie, śpiewajcie! (...)
Wszystko się poukłada, każdemu starczy by
Syty był d ni i nocy, nocy syty był i dni.
Ziemia to wielka jabłoń, zrodzi, co tylko chcesz,
Wszystkim wystarczy miejsca - o co tutaj kłócić się?"

Jesteśmy Polakami i mamy na pewno prawo do swej ziemi,, do swego kraju. Jesteśmy Polakami i tu w Polsce jesteśmy u siebie - i z całą pewnością mamy pełne prawo tu być, i większe mamy to prawo, niż inni. I mamy prawo tu gospodarować i rządzić. Ale czy wyłączne? Wątpię. Myślę, że ziemia jest dana w sumie ogółowi ludzi - a to my ludzie ją podzieliliśmy między siebie. 

Jeśli ja, jako Polak, słyszę "Polska dla Polaków", to ja w takiej Polsce, jaką zawarto w tym haśle, nie czuję się dobrze i chyba... nie chcę w niej być! Bo nie chcę, by ktokolwiek był w tej mojej Polsce traktowany wrogo - chyba, że sam jest tym wrogiem wobec nas - gorzej, z pogardą... Jeśli polskość ma polegać na tym, że inni mają się stąd wynosić, to... ja bym się wyniósł stąd także. Bo za bardzo kocham ludzi - tych "innych" także, i na równi ze "swoimi". 

Kocham Polskę i Polaków, ale... nie mam w najmniejszym stopniu poczucia wyższości narodowej, etnicznej, rasowej - nie uważam, byśmy byli lepsi od innych. A taka właśnie "narodowa duma" - czy raczej pycha i agresja - zawiera się w tym "Polska dla Polaków"! Kocham także Żydów - i cenię ich wielowiekową obecność i tradycję tu w Polsce. Kocham Cyganów / Romów - bo są niezwykle barwni, pięknie śpiewają i tańczą. Kocham Ukraińców - gdy w 2009 roku byłem na Ukrainie, poznałem ludzi, to... aż nie chciało mi się wracać do domu. Kocham Murzynów (nie uważam tego określenia za obraźliwe, chociaż niektórzy na siłę próbują dowieść, że takim jest!) / Afrykańczyków - i mam pośród nich przyjaciół tu w Polsce (w Poznaniu działają nawet co najmniej dwa Kościoły "afrykańskie"!). Kocham... Można by mnożyć i mnożyć kogo i za co!

Z jednej strony ciągną mnie własne słowiańskie korzenie - czasem marzę o bardzo słowiańskiej Polsce. Z drugiej zaś ta moja Polska jest bardzo "pojemna" i nigdy nikomu nie chcę odmawiać prawa do bycia tutaj, do życia tutaj. Ktoś kiedyś powiedział: "Kłócić się o ziemię, to jakby dwie pchły kłóciły się o to, do której należy pies, na którym się znajdują." No... taka prawda! :)

niedziela, 2 marca 2025

Być sobą (2)

Marzę o tym, byśmy mogli i potrafili w tym świecie bezwstydnie... BYĆ SOBĄ! Być w tym świecie dokładnie takimi, jakimi jesteśmy, jak zostaliśmy stworzeni, jaka jest nasza natura. Nie kryjąc się z niczym. Nikogo nie udając. Nie zakładając żadnych masek. W pewnym sensie "nadzy" i transparentni.

 Tymczasem sami stworzyliśmy sobie świat, w którym tak cholernie trudno jest być sobą. Nauczyliśmy się ukrywać, wstydzić, udawać. Niestety, nauczyliśmy się także kłamać, być obłudni i fałszywi. Żyjemy w więzach, które sami sobie nałożyliśmy. W tym świecie trudno jest być tak "nagim" przed ludźmi, bo nawet jest to niebezpieczne - wystawia nas tak bardzo na to, co w tym świecie można zrobić złego drugiemu człowiekowi. Okrywamy się więc, by czuć się bezpieczniejszymi. 

Wkurzają mnie te łańcuchy, kraty i kłódki, na które jesteśmy na różne sposoby pozamykani. Jest we mnie umiłowanie WOLNOŚCI i PRAWDY! Bo jedno i drugie są sobie wzajemnie potrzebne. TYLKO CZŁOWIEK PRAWDZIWY JEST NAPRAWDĘ WOLNY! Abyśmy jeszcze mogli być bezpieczni tak "nadzy"! W gruncie rzeczy jest to... TĘSKNOTA ZA RAJEM, za tym biblijnym Ogrodem Eden, za powrotem do tej łagodnej niewinności. 

Osobiście bardzo lubię być tak właśnie "nagi" - być sobą, być naturalnym i prawdziwym. bardzo sobie cenię chwile, gdy jest to możliwe, i ludzi, wobec których jest to możliwe. 
 
-----
Proszę, ilustrację potraktujcie z... odrobiną dystansu. ;)

Gdy zaczęła się wojna...

 Facebook przypomniał mi dzisiaj...


    Gdy zaczęła się wojna u naszych wschodnich sąsiadów, też poszedłem "walczyć" - do lokalnego centrum, w którym jak najszybciej zorganizowano punkt przyjmowania darów dla ludzi tą wojną dotkniętych, dla ludności cywilnej i tych, którzy tam rozpoczęli prawdziwą i zaciętą walkę obronną. To było wówczas ważne - bo ważne jest być człowiekiem i mieć ludzkie serce, po ludzku postrzegać świat i traktować innych. Dlatego musiałem coś robić...    
    Niezapomniany czas, chociaż tak cholernie trudny, chociaż z lękiem o przyjaciół z Ukrainy, chociaż z poważnymi obawami, co i jak będzie dalej... Nie działałem najwięcej, ani nie najciężej. Inni się pocili przy darach, przy noszeniu tego, rozkładaniu, segregowaniu, układaniu w paczki - ja zaś sporo przekazywałem w sieci. No, ja z moim zdrowiem nie mogłem szaleć fizycznie. Ale tyle, ile mogłem i jak potrafiłem. No, poza tym składanie kartonów i raz po raz bardziej fizycznie - załadunek wózka, przewóz do zaimprowizowanego magazynu. No, sporo kombinowania było, żeby jakoś z wózkiem wykręcić pośród tych wszystkich darów dla uchodźców i na front. Czasem kląłem ludzi - raczej żartobliwie - że mi się na tor jazdy porozkładali z towarem. 

    Mobilizacja była ogromna. Jakoś tak jest, że my się potrafimy niesamowicie zmobilizować do działania, do pomocy... Czy to powodzianom, czy to uchodźcom, czy to... Ale tak raczej na moment. Z działaniami długofalowymi jest już gorzej. A wiadomo było, że ta pomoc nie będzie potrzebna na dzień, tydzień czy miesiąc.

"Groby pobielane"

Cóż myśleć, gdy się widzi, jak...
chrześcijanie nienawidzą iście po pogańsku
a poganie kochają prawdziwie po chrześcijańsku? 

Nie każdy, który Mi mówi: "Panie, Panie!", wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie Mi w owym dniu: "Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia, i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia?" Wtedy oświadczę im: "Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości!"
(Ewangelia Mateusza 7, 21 - 23, tłum. "Biblia Tysiąclecia")

 

Fot. Astrid Westvang / Flickr CC (BY-NC-ND 2.0)
 

W swoim życiu poznałem wielu "chrześcijan"... bardzo paskudnych, których uczynki i słowa napełniają mnie tylko odrazą. I poznałem także ludzi niewierzących, lub wyznających zupełnie odmienną wiarę, a przy tym tak cudownych i szlachetnych, że zdają się być naprawdę jakby "z innego  świata", czy wręcz jakby "z nieba". Porażające jest to, że nie podzielając wiary chrześcijańskiej, zdają się oni być naprawdę bliżej Boga, niż tzw.. "gorliwi chrześcijanie". 

Podobno Mahatma Gandhi kiedyś powiedział: "Chętnie bym został chrześcijaninem, gdyby nie chrześcijanie" i ja go doskonale rozumiem. Jako wierzący mam nieraz ochotę uciekać od takich "gorliwych" jak najdalej - i to z głośnym okrzykiem przerażenia. Niestety, nie brakuje w Kościele ludzi, których ręce są wprawdzie nabożnie złożone do modlitwy, lub wzniesione w uwielbieniu dla Boga, ale którzy poza tym są naprawdę nieświęci, z dala od Boga - bo to wychodzi w życiu, w codzienności, w tym, jacy naprawdę są wobec innych.

Szczerze o... szczerości

Szczerość stanowi wielkie wyzwanie na tym świecie - jest wielkim wyzwaniem dla tego świata i wielkim wyzwaniem wobec tego świata. Chyba większość ludzi oczekuje szczerości od innych. Gdy spytasz: mogę być z Tobą szczery? usłyszysz pewnie zazwyczaj: tak, oczywiście. Alle gdy jesteś naprawdę szczery, to już nieraz wcale nie jest tak różowo. Prawda? Myślę, że każdy się o tym nieraz przekonał w swoim życiu - ja także. 

Rzecz w tym, że gdy jesteśmy szczerzy, to ludzie często od nas słyszą coś, czego by słyszeć nie chcieli. Mnie także niekiedy trudno jest zdzierżyć czyjąś szczerość. Zwłaszcza, gdy ten ktoś przekracza pewne granice w tej szczerości. Bo niekiedy ludzie mówią szczerze rzeczy, które naprawdę nie powinny być powiedziane - bo kierują się błędnym myśleniem, ignorancja, uprzedzeniami, czy też po prostu brakuje im hamulców i ranią ludzi. 

Muszę ze wstydem i pokorą powiedzieć: mnie także nieraz się zdarzało przekraczać te granice. Niejedno w życiu powiedziałem lub napisałem wprost co myślę. Szczerość? No, szczerość. Ale jednak nie było to wcale dobre. I z niejednego tego, co szczerze w życiu mówiłem, z czasem - nabywszy więcej mądrości i dystansu - równie szczerze się musiałem wycofać. Nieraz nawet chęci były dobre, ale... Znacie pewnie to porzekadło, że "dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane", prawda? Prowadziłem już kiedyś bloga - i tam wszystko było szczerze, ale... nie wszystko dobrze. Bo... No, łatwo jest się samemu zagubić w swoim myśleniu, mieć się za bardzo mądrego i w ogóle. I łatwo też zapomnieć o tym, że drugi człowiek to także myśląca i czująca istota, która ma swoją wrażliwość.

Tak sobie myślę, że szczerość jest niezwykle ważna. Ale może przynieść naprawdę opłakane skutki, gdy nie mamy w sobie hamulców. Takimi hamulcami powinny być:

Pełna szacunku Miłość - żeby nasza szczerość była ukierunkowana na drugiego człowieka; by była budująca, nie rozwalająca; by służyła temu, co dobre. Patrzę na siebie samego i widzę, ile razy byłem szczery i nawet miałem rację, ale brakowało mi w tym miłości - i "rozjeżdżałem ludzi" jak walcem, wdeptywałem w ziemię. A przecież moje miłość, i prawda - w którą wierzyłem - i szczerość powinny podnosić, zachęcać, umacniać...

Pokora - bo przecież sami jesteśmy tylko ludźmi, i nie zawsze tak mądrymi, jak się nam zdaje. Łatwo jest się zachłysnąć własnym sposobem myślenia, własną mądrością, czy też... "mundrością". Chyba zbyt często zdarzało mi się w życiu zapominać, że nie jestem nieomylny i że niejedno mi można wytknąć i nawet... rozwalcować. Z punktu widzenia chrześcijańskiego: zbyt łatwo zapominamy, że sami jesteśmy mali i grzeszni. Tak często pouczałem innych, a sam... jeszcze częściej chyba "lądowałem z nosem przy ziemi".

Empatia -  bo zawsze powinniśmy mieć serce i kalkulować, że mamy do czynienia z innym człowiekiem, być wrażliwym i w tej wrażliwości pamiętać i kalkulować wrażliwość innych. Bo co po prawdzie, jeśli walimy tą prawdą tak, że... przerażamy nią i sprawiamy, że ktoś czuje ból i kuli się? Ma to sens? Nie bardzo. Wiem to dobrze, bo często mi tej empatii i zrozumienia w życiu brakowało - z mojej strony!

Lubię być szczerym człowiekiem. Chociaż wcale nie jest to dla mnie łatwe. I lubię ludzi szczerych. Chociaż bywa to dla mnie cholernie trudne i gorzkie. Czasem "dostaję w łeb" taką właśnie szczerością bez hamulców. I jest to przykre. Bo... No właśnie: szczerym to trzeba umieć być! a nie być tak po prostu, bez względu na nic i nikogo wokół. Tego pewnie trzeba się uczyć całe życie i nigdy się może nie nauczyć tak do końca. 

Chciałbym móc być zawsze szczerym - tak aż do "nagości" w pewnym sensie, by być zupełnie transparentnym dla ludzi. O ileż prostszy byłby świat i relacje między nami, gdybyśmy mogli i odważyli się być tak NADZY w tym świecie! Problem w tym, że ten świat - niestety - nie jest rajem i trudno sobie w nim na taką "rajską nagość" pozwolić. Bo... w szczerości odsłaniamy się także przed innymi, którzy nie zawsze potrafią się zachować taktownie. I nieraz będąc szczerymi, wystawiamy się także sami na "strzał", który może nas samych cholernie zaboleć, ta nasza "nagość" może zostać przez kogoś też wykorzystana przeciwko nam. Niestety, nigdy nie wiemy, co ktoś z tą naszą "nagością" uczyni I to jest cholernie smutne.

Być sobą

Jaki można odnieść największy sukces w życiu?
Chyba... być sobą.

Wydaje się, że to jest takie łatwe i naturalne - że właściwie nic nie trzeba przecież robić. A jednak być sobą w tym tym świecie to jest naprawdę wielka sztuka. Bo ten świat ma względem mnie i Ciebie swoje oczekiwania - większość ludzi oczekuje, żebyś im "pasował", żebyś był jak oni, żebyś myślał i mówił jak oni, żebyś... 

Kiedyś byłem członkiem Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. Nasz diecezjalny duszpasterz trochę pasjonował się psychologią i próbował to wykorzystywać podczas zajęć z nami. Na jednym ze zlotów bawiliśmy się w taką grę grupową - właśnie trochę psychologiczną - w której każdy miał na plecach przyczepioną kartkę papieru a inni podchodzili i coś tam do tej osoby pisali. Ja na swojej znalazłem: "Bądź taki, jak my, a nie inny". I zrobiło mi się naprawdę bardzo smutno, bo... nigdy nie potrafiłem. Nie chciałem być nimi - chciałem być sobą!

Taki ktoś, jak ja ma zawsze "deczko" przegwizdane w życiu. Bo nie spełnia oczekiwań. Bo nie mieści się "w ramkach". Bo nie pasuje do tego świata, do społeczeństwa. Bo jest... inny. Łatwo jest być zepchniętym wówczas na margines, wyśmiewanym, kopanym... Bycie innym, bycie sobą - często oznacza cierpienie, niezrozumienie, wyalienowanie - częściowe lub całkowite, A jednak pod wieloma względami można być szczęśliwym - właśnie dlatego, że jest się sobą. Nawet jeśli przez to ma się często ochotę... wypierdzielić na bezludną wyspę. 

 "Nie bądź w życiu aktorem, nie ucz roli się nowej..." - kołaczą mi się po głowie te słowa piosenki. Śpiewał ją taki nieznany ogółowi zespół, Hallelujah Country Band z Wrocławia. Taka efemeryda na polskiej scenie muzyki chrześcijańskiej. Trochę wyrywam je tu z szerszego kontekstu, ale właśnie one doskonale obrazują to, co chcę powiedzieć, czym chcę się podzielić.

Tego bycia sobą uczę się całe życie - i jeszcze nie do końca umiem. Nauczyłem się jednak nie oczekiwać po tym świecie zbyt wiele. Nie oczekuję, że odniosę w nim jakiś sukces, że spodobam się wielu, że zyskam popularność, uznanie i sławę. W gruncie rzeczy starczy mi w tym życiu moja "mała norka" i przynajmniej trochę ludzi wokół, którzy będą mnie rozumieć i akceptować takim, jakim jestem. To tak niewiele - a wszystko, czego mnie do szczęścia potrzeba. 

Nauczyłem się tego, by nie bardzo przejmować się tym, co kto o mnie sądzi, jak mnie postrzega. Jeśli mu nie pasuję, to "z Panem Bogiem" - może iść własną drogą, ominąć mnie i ja na pewno nie będę z tego powodu płakał, aby tylko zostawił mnie w spokoju. Ja nie muszę się ludziom podobać i nikt nie musi się ze mną zgadzać. Alleluja! Żyj i pozwól żyć! Ja lubię być sobą - więc pozwalam na to także innym. Rzecz tylko w tym, byśmy potrafili się wzajemnie uszanować - nie musimy się lubić, ale chociaż zostawmy się wzajemnie w spokoju. 

Niestety, akurat to nam tak często nie wychodzi - człowiek depcze po człowieku tylko dlatego, że jesteśmy od siebie różni, inni. Źle znosimy tą inność innych - i stąd się bierze ogromne zło na tym świecie. I cierpienie. Ja już nie próbuję się dopasowywać do tego świata i podobać innym - bo wiem, że to mi zupełnie nie wychodzi. Nie warto!

 


"Prawdziwy Polak" po polskiemu umi ;)

Jak to jest, że niejeden "prawdziwy Polak" zdaje się mieć poważne braki w znajomości... języka polskiego? Jeden z przykładów znale...