Szczęście... Chyba każdy go pragnie, ale czy wiemy, czym ono jest i gdzie je można znaleźć? Myślę, że większość - a może niemal wszystko z tego - co gotowi jesteśmy uznać za szczęście i czego pragniemy, jest tylko ułudą! A to, co najważniejsze, jest tak zwyczajne, tak blisko i takie najprostsze, że... nie dostrzegamy tego! Mówi o tym piękna opowieść, którą znalazłem na kartach książki Piera d'Aubigny "Ślady" (Wydawnictwo Palabra, Warszawa 1997). Byłem pod tak wielkim jej wrażeniem, że stworzyłem własną jej wersję, znacznie rozwijając oryginalną historię. Zachęcam do przeczytania i przemyśleń!
----------

W pewnej wsi, gdzieś niemal na końcu świata, żył bogaty gospodarz. Zgromadził on tyle bogactw, że mógł
się uważać za najbogatszego ze wszystkich. Sąsiedzi spoglądali z
zazdrością na jego dom, wielką stodołę i zagrodę, w której było wiele
krów, owiec i kóz. Miał on piękną i gospodarną żonę, dzieci oraz
parobków, którzy pracowali na jego polach.
Jego sakiewka była pełna pieniędzy. Postanowił więc: "Kupię sobie
muła, będzie mi wygodniej, niż chodzić wciąż piechotą". Jak pomyślał,
tak też uczynił. A gdy muł już znalazł się w jego zagrodzie, pomyślał:
"Mam muła i mam pieniądze. Mam żonę, która tak dobrze gospodarzy i
pracowitych parobków. Nie muszę więc siedzieć na gospodarstwie - chętnie
zobaczę trochę świata!" Tak też uczynił.
Pewnego dnia pożegnał żonę i dzieci i, wyruszywszy w podróż, przybył
do kraju o wiele bogatszego, niż jego kraina i ujrzał dom o wiele
piękniejszy od własnego.
- Czyj to dom? - spytał kogoś z miejscowych. - Czyżby jakiegoś wielkiego księcia?
- To jest dom najbogatszego człowieka w tym kraju - brzmiała odpowiedź.
"Taki dom! Gdzież mojemu domu do niego!" - pomyślał wędrowiec i bardzo posmutniał.
Wrócił w swoje strony i tak ciężko pracował, harował, zapracowywał
się, odkładał grosz do grosza, dukat do dukata. Wreszcie po latach mógł
wybudować sobie siedzibę taką, jak tamta, którą podziwiał. Pieniędzy
starczyło także na konia i wygodny wóz. Mając to wszystko, uśmiechnął
się i powiedział: "Osiągnąłem swój cel. Mam już dwór i wspaniałe
gospodarstwo, i kufer pieniędzy - których wszyscy mogą mi zazdrościć.
Mogę też godnie ruszyć w świat - wszyscy będą widzieć, jaki PAN jedzie!"
Jak postanowił, tak i uczynił. Pojechał do wielkiego miasta.
Zbliżywszy się do niego, zatrzymał się i spojrzał oniemiały. Okalały je
bowiem wysokie mury z siedmioma bramami, a nad dachami górowało wiele
wież o lśniących hełmach. Gdy wjechał do miasta, bardzo jednak
posmutniał. Takich domów, jak jego własny, stało tam bowiem setki, a
dziesiątki innych było znacznie wspanialszych od jego siedziby. A cóż
dopiero pałac króla! "Nawet gdybym pracował przez całe swoje życie,
dzień i noc, z takim bogactwem współzawodniczyć nie mogę!" - pomyślał ze
smutkiem.
Kiedy wracał do domu, smutny i przybity, złamało się koło w jego
wozie, a wóz rozbił się na drodze. Pojechał więc dalej konno, ale nie
ujechał daleko, a koń padł ze zmęczenia. Nie pozostało mu więc nic
innego, jak tylko pójść dalej na piechotę. Szedł i szedł. Zmrok już
zapadł, a nie zaszedł do żadnej wsi, ani nawet nie napotkał samotnej
zagrody. Gdy już myślał, że przyjdzie mu spać pod gołym niebem, pod
jakimś drzewem czy krzakiem, ujrzał w dali niewielkie światełko
migoczące w ciemności. Gdy zbliżył się, zobaczył małą, biedną chatkę -
zwykłą lepiankę, krytą trzciną. "Gdzie tam temu do mego domu, ale dach
nad głową i ognisko - tego trzeba w taką ciemną noc!" - pomyślał.
Zapukał i wszedł...