Jednego dnia dotarliśmy na sam koniec tej właśnie wioski. Stała tam zapuszczona, rozpadająca się chałupa. Tak marna, że aż zastanawialiśmy się, czy aby ktoś tam mieszka. Ale spróbowaliśmy. Wyszedł gospodarz - w portkach i rozchełstanej koszuli. Podszedł do nas. Poczuliśmy alkohol. Ale przywitał się miło.
Dziewczyny z lokalnego Kościoła zaczęły mu mówić, że jesteśmy z Kościoła, że przyjechaliśmy tutaj z różnych krajów - z Polski, z Norwegii, ze Stanów Zjednoczonych - i że chcemy mu podarować Nowy Testament. Taka typowa "gadka misyjna"... Ale pan nam przerwał i poleciał do chałupy. Przez chwilę staliśmy jak te barany i nie wiedzieliśmy "o co kaman". Pan wrócił i daje nam jakiś papier...
Patrzymy, a to było... świadectwo ukończenia szkoły biblijnej! Opowiedział nam pokrótce swoje życie - że był wierzący, że był nawet... pastorem, a potem jego życie się posypało, odszedł ze służby, odszedł z Kościoła, stracił wiarę, zaczął pić... Nagle mężczyzna się rozpłakał i zdławionym głosem powiedział: "Ja myślałem, że Bóg już o mnie zapomniał, a teraz wy przyszliście do mnie!"
Wszyscy byliśmy tym mocno poruszeni. I pamiętam to, jakby było wczoraj. Niestety, nie wiem, jak dalej się potoczyły sprawy. Pamiętam tylko, że pastorzy tego Kościoła, gdzie byliśmy, dostali od nas namiar na tego człowieka i obiecywali otoczyć go opieką. I pasterz, jak widać, może się w życiu bardzo zagubić.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz